Kunstkritiker Prof. Makarewicz über Jolenta Dorszewska Pötting

BARWNE KOBIERCE I NOSTALGICZNE POEMATY
Impresje o malarstwie Jolenty Dorszewskiej – Potting.

Obrazy i obrazki, monotypie, oleje, akryl, akwarela, tempera, pastele... to wszystko słu-ży Dorszewskiej do odbywania ulubionych spacerów po polskich łąkach w różnych porach roku. Łąki. Łąki są barwnym dywanem, kwitną i pachną. W słoneczne letnie dni łąki dźwięczą muzyką owadów spijających nektar z kwiatów ziół ("W letnim upale", 2010). Łąki co krok tworzą tysiące mikroświatów. Łąki to uczta dla oczu (cykl "Biologiczna energia", 2008). Gdy przyjdą jesienne sza-rugi i zimowe lody, a potem wiosenne roztopy, to wszystko będzie przejmować obraz za obrazem malarska wrażliwość Dorszewskiej. I zobaczy tam i niebotyczne góry i głebie oceanów. Polskie łąki. Kiedy zabraknie natury, dotknięcia żywej materii, samoistnie bytującej przyrody, malarka stworzy jej własny odpowiednik. I jest to najważniejsze z jej osiągnięć (np. Cykl: "Wejście w na-turę", 2010).
Upodobanie do trudnej techniki pasteli zwiąże ją jeszcze bardziej z wielonurtową tradycją polskiego malarstwa (Wyspiański, Wyczółkowski, Witkiewicz i in.). Ale to powiązanie nie ma nic z naśladowania maniery, techniki czy wizji któregokolwiek z poprzedników. Pastele Dorszewskiej to Dorszewskiej sposoby i metody gry z kolorem i formą. To, co pozwala na umieszczenie jej obrazów w cyklu tak bardzo polskich tradycji i dokonań polega na czymś jeszcze innym. Jest to trwałe, aż do zakątków świadomości wrośnięte, upodobanie barwności właściwej wrażliwości Wschodu – tego calkiem bliskiego, z którym Polacy ścierali się na polach bitew, ale którego kulturę nadzwyczaj upodobali. Barwność. Nie systemowa lecz radośnie spontaniczna barwność tkanin – tak samo huculskich kilimów jak i perskich kobierców - to jest źródło łaczące tak bardzo różnych malarzy jak Dorszewska i jej poprzednicy.
Ta polska wrażliwość ma jakby "dwa pasma częstotliwości", ową barwność (koloryzm) i mataforę. Tak też jest i w kolejnych dramatach form malarstwa Dorszewskiej. Zaczyna się ono od marzenia. Zaczyna sie ono od nastroju tęsknoty za czymś dalekim i nieosiągalnym. Zaczyna się od wizji jakby sennych (np. Cykl "Kamienne historie", 1982 - 1985). Kolor. Ta wartość, którą jej malarstwo tak mocno teraz wydobywa, jest u początków funkcją służącą oznaczeniu przestrzen-nych relacji, podstawowych odniesień i konotacji. Niebo. Ziemia. Woda. Skała. Drzewo. Chmura. I obrazy te tak bardzo "zamyślone" nad widokami, które nam przedstawiają, mają właśnie tyle tylko oznaczać (np. "Spotkanie", "Rozmowa na szczycie", 1994). Tyle właśnie jest potrzebne, aby widz "wszedł" w sam środek wizji artystki. Aby dał się ogarnąć sugestywnym wyobrażeniom i znalazł w nich jeszcze coś czym sam może je do końca wypełnić. Warto zapamiętać te obrazy, bo były tworzone z zastanawiającą delikatnością uczuć, z wyjątkowym wczuciem się w swoistość pastelo-wej techniki i chłodnej pastelowej gamy barw. To nie masakrujące wrażliwość odbiorcy nagromad-zone spiętrzenia efektów, ale wielowątkowe sugestie dające szansę jakby równoczesnych baśnio-wych opowieści. Tak. To nie było malarstwo "surrealizmu". To był i jest "świat malarskiej matafory". To są malowane poematy. Wybór, jakże trafny, złożenia techniki i wizji (tutaj – pastel i "tempero-wo" traktowany akryl) stanowi istotny walor tego malarstwa.
Na czymże polega zatem ten "anarchizm" Dorszewskiej? Czym jest jej "secesja" od uni-wersalistycznych kodyfikacji "sztuki współczesnej". Jak to widać w zestawieniu obrazów z lat o-siemdziesiątch i dziewięćdziesiątych, jak widać to wciąż w latach po dwutysięcznym roku. Na to malarstwo składa się parę równoległych ścieżek. Ta specyficzna metoda polega na zastosowa-niu jednoczesności w eksploatowaniu malarskich formalnych wątków, na tworzeniu kontrapunkto-wych odmiennych konstrukcji wobec własnych poważnych osiągnięć (na których inni poprzestawa-liby do końca dni swoich).
Wystawa obecna (Opole 2011) prezentuje nam trzy linie rozwojowe: mataforyczną, akcyjną i "realistyczną", oraz "gobelinową". Tak je nazywam. Oczywiście to, co nazywam "realizmem", realizmem nie jest. Tak nazwałbym malarski konkret wynikający z zastosowania malarskiej akcji, żywiołowego nakładania się malarskiej warstw materii w jej specyficznych procesach akcji – ście-kania, roztapiania się, rozmazywania, a nie malowania pędzlem. To efekty, znane z techniki ma-larsko – graficznej monotypii, ale też i akwareli, Dorszewska stosuje z wielką maestrią doskonale panując nad grą przypadków, wykorzystując "dzianie się " malarstwa (np. Cykle: "Lodowa jaski-nia", 1995, "Śpiew morza" 1996 – 98, również "Barwy morza", 2000). Te i oparte na identycznych założeniach, obrazy żywiołów wody, głębi oceanicznych, jak też ognia i wulkanicznych erupcji, przez tytuły zbliżają nasze przeżywanie tych dzieł do odcyfrowywania matafor jakiegoś wizualnego poematu. Istotnie, jest podpowiedź poddana w tytule i jest w polączeniu z obrazem, oczywistością. Materia malarska płonie, lub lodowacieje, albo przenika w wodniste otchłanie. Jest aż nadto prawdziwa.
Natomiast linia metaforyczna zamyka swoj cykl rozwojowy w jego ascetycznie skomponowa-nej gamie barwnej obrazem dramatycznym i groźnym w cyklu "Tornado" (2000). Te pastelowe obrazy zostały zbudowane z kolei na opozycji owej "łagodnej" techniki i zobrazowanej siły żywiołu. Wiemy, że obrazy te, w zasadzie niewielkie, ale sprawiające wręcz monumentalne wrażenie przestrzennego bezmiaru, nie są odtworzeniem lecz właśnie metaaforycznym wyobrażeniem niszczycielskiej siły, ale przecież tak bardzo są prawdziwe! I tak zaczyna się proces wiązania się zdawałoby się odległych od siebie malarskich światów powoływanych do istnienia przez Dors-zewską.
Można zauważyć pewną prawidłowość. W pierwszych latach naszego stulecia, chociaż pewne zapowiedzi przynosi już ostatni rok dwudziestego wieku, nostalgiczne pejzaże, tajemnicze spotkania na górskich szczytach, zaklęte w kamień głowy olbrzymów drzemiące nad chłodnymi wodami fiordów, ustępują kompozycjom nasycającym się barwą i zamiast trwać w swoim świecie zjaw stają się tym radosnym "wejściem w naturę" już w 2010 roku. Nie ma zjaw, nie ma nostalgii. Bujne trawy ogarniają horyzont, a resztki monumentów wzniesionych przez jakiś lud tylko służą podkreśleniu radości trwania natury. I nie da się uniknąć, za każdym razem, zastanowienia się na sensem poetyckim tego malarstwa. Także wtedy gdy jest ono przepełnione (dosłownie: przepełni-one) soczystą barwą subtelnych zwojów i rozwinięć pasm i wykwitów raz wulkanicznej ("Erupcja I" - 1995, "Erupcja II" - 1996, Okrążanie" - 1996), a innym razem biologicznej – kwietnej materii ("Bio-logiczna energia III" - 2008). Na koniec zauważmy, że malarka podsumowuje swoje dzieła bardzo trafnie zatytułowaną odbitką monotypii z 2008 roku: "Ogrody fantazji".
Jest tych ogrodów kilka. Stanowią pewne nowum w rodzinie malarskich zjawisk przywoła-nych do życia przez autorkę "Błękitnej rapsodii" i "Czerwonej rapsodii" (pastele 2001). W tym sa-mym roku powstaje też pastel "Zielona symfonia". W tytułach swoich obrazów zawiera Jolenta (tylko tym imieniem podpisuje niektóre serie prac), jakby hasłowe manifesty. Rzeczywiście jej całe malarstwo nasyca się niezwykle harmonijnymi dźwięcznymi akordami barw. Widzimy w istocie ogrody malarskie. Jest tam "Podwodny świat" (2004), a nastepnie rozwinięte kolejne barwne "tkaniny", a więc serie pastelowe z 2006 roku i tak np. jest "Kaszubski ptak" – zapewne w swoim ogródku, znakomicie brzmi "Śpiew morza", z toni wód wyłania się "Biała wyspa", a "Między polami i jeziorami" wije się scieżka.
Pasma, czy też drogi , trasy malarskich eksploracji, jakie wybrała sobie Jolenta, najpierw zdawałoby się rozbiegające się w tak różnych kierunkach, mają więc tendencję do do spotykania się, przeplatania swoich szlaków, nasycania obrazów doświadczeniami nabytymi w tych dalekich wędrówkach. Z takich wędrówek wracając, Jolenta buduje swego rodzaju stacje malarskie grupu-jąc płótna po dwa, po cztery, ustawiając je jedne obok drugich i nad nimi, wychylając od ściany niby węgieł domu ku oczom widza, czyni z nich ważne punkty skupienia uwagi ("Barwy morza", "Jesienny ogień", "Dzień i noc"). Trwają tak niby ściany budowli obronnej. Piękne. Zielono - nie-bieskie, lub złocisto – czerwone, jaśniejące błękitem i ciepłymi barwami dnia i zatopione w chłod-nych fioletach nocy. Te malarskie "ostoje" powstają w latach 2000 i 2001. To ważne daty dla drogi i licznych scieżek obok drogi, jaką podąża to malarstwo. Ciekawe jest to, że widzimy najpierw te scieżki, jakby każdą z osobna, a droga pojawia sie nam na końcu. Gdyby jakoś skompletować wszystkie prace Jolenty według jakiegoś "rozwojowego schematu" to ujrzelibyśmy specyficzny wykres sinosoidy odtwarzającej pulsowanie różnych wartości. Najpierw wznoszenie się i opadanie wyraźnie określającej się mataforyki; potem znowu wyniosłości i zagłębienia w wykresie intensyw-ności malarskiej akcji ("realizm") i w ostanim dziesięcioleciu wchodzi, niejako pomiędzy te linie, wznoszący się stromo w górę wykres wartości serii "gobelinowej" (pamiętajmy, że początki sygna-lizują "Erupcje" z 1996 i 1996 roku), a w końcu wznoszący ruch wszystkich trzech linii stapiających się ze sobą w ostatniej serii obrazów z 2010 roku.
Czysty melodyjny dźwięk. Biologiczna energia. Ekstatyczne trwanie koloru.
Jest właściwością naszego czasu, tego "ducha epoki", że to wszystko, co teraz mocniej zaz-nacza swoją obecność w medialnych edycjach i podobnie w kolekcjach muzeów sztuki współczesnej, jest wynikiem pewnej zmiany. Postawa artysty i jej konsekwencje w dziełach, to wartości niegdyś bardzo mocno akcentowane, ale dzisiaj nie poruszyłyby obserwatorow życia artystycznego, nie skupiłyby ich uwagi, bo też na dłużej nic naszej uwagi nie zatrzymuje. A cóż dopiero samo malarstwo. Jakas pasja pieknego malowania dla samego malowania. Mówi się, że wszyscy są "twórcami", ale twórcami "bez właściwości", bo te właściwości zostaną dopiero nada-ne, sproblematyzowane przez polityków kultuiralnych. Ponieważ, jak twierdzi Eric MacLuhan, trwa dzisiaj wyścig o te sekundy uwagi elektronicznych mediów, o chwilę zastanowienia eksperta, to też widzimy, jak w tym dążeniu do uchwycenia chwili sławy podmiotowość artysty rozpływa się w nie-kończących się zabiegach o uznanie. Jedni powiedzą że to zmiana na lepsze inni że na gorsze, a jeszcze inni uznają sam mechanizm zmiany za prostą regułę bez potrzeby refleksji. Warto więc zauważyć, że są jeszcze tacy malarze i malarki, rzeźbiarze i rzeźbiarki... i poeci, których wyróżnia postawa zdecydowanego wycofania się z trasy takiego wyścigu. Taka jest postawa "artystycznego anarchizmu" Jolenty Dorszewskiej.
Ktoś ten bój, z różnych powodów, wygrywa ktoś przegrywa, a docieczenie wszystkich okolicz-ności, jakie składają się na artystyczną karierę, jest trudne, a może nawet niemożliwe do wylicze-nia. Czas jednakże po cichu "robi swoje" i niegdysiejsze medalowe sławy lądują w piwnicach mu-zeów i kolekcji prywatnych, a słabo obserwowane dzieła znajdują sobie (po śmierci ich twórców) miejsca opróżnione przez dzieła tych za zycia uznanych, cenionych i uhonorowanych. Inna rzecz to fakt, iż nie ma co liczyć na to, że sława jest pośmiertnie gwarantowana. Nie jest. I tak samo jak może być zapomnianym dzieło bardzo znanego "twórcy", tak możne pozostać nieodkryte wartoś-ciowe dzieło w swoim czasie pomijane. Loteria. I Dorszewska traktuje tą sytuację z całkowitą obo-jętnością.
Są więc malarze, których działalność polega na odrzuceniu jakiejkolwiek gry, na unikaniu spekulacji, na zanegowaniu programu, na zaniechaniu budowania przemyślnych strategii w wybor-ze swojej "drogi twórczej". Oni wsłuchują się w rytm bicia swego serca, w odpływy i przypływy morza swoich uczuć i z tej delikatnej materii wyprowadzają całe światy, postrzegając zewnętrzną rzeczywistość jako czasem ważny, a zwykle tylko pretekstowy magazyn form. Owszem, dążą do nawiązania jakiegos kontaktu ze światem zewnętrznym - światem zewnętrznym wobec swego świ-ata konstruowanego, ale ta potrzeba wiąże się z kolejną próbą odnalezienia bratniej czy siostrza-nej duszy. Znalezienia kogoś kogo uczuciowe fascynacje pozwolą zaakceptować i przyjąć pojawia-jące się właśnie dzieło malarza, lub wiersz poety. I na tym, jak sądzę zasadza się sens drogi twórczej i manifestacyjny szlak malarski Dorszewskiej.
. . .
Takie pozasystemowe zjawiska nazwano przed z górą trzydziestu laty "nową secesją". Ten szeroki nurt najróżniejszych odrębnych indywidualnych praktyk, osobnych postaw i wolunta-rystycznych nakierowań jest z pewnym niepokojem obserwowany przez krytykę, mamagerów, ku-ratorów i kolekcjonerów. Nie wiemy bowiem jak przyjąć takie zjawiska, których wartość jest tak bardzo zróżnicowana, przyszłość niepewna, a znaczenie aktualne wymyka się porządnie skrojo-nym teoretycznym kategoriom. Malarstwo Jolenty Dorszewskiej, bo o nie tutaj przede wszystkim chodzi, daje się ujmować w pojęciu owej szerokiej neosecesyjnej formacji, ale już dalej nie da się go dokładnie przypisać jakiejś grupie zjawisk. Oczywiście należy starać się pogrupować nawet odległe od siebie stylistyki doszukując się ponadnormatywnych związków, ale nie zawsze się to udaje. Pozostańmy więc przy tym co pewne, a pewne jest to, że Dorszewska, przy całym roz-bieganiu, niekonsekwencji, dramatyzmie kolejnych zmian konwencji, mocno siedzi ze swoim ma-larstwem w tradycji polskiego malarstwa XX wieku.
Są dwie cechy nieodrodne i mocno określające tą tradycję: kolor i metafora. Metafora a nie surrealizm. Koloryzm a nie postimpresjonizm. Idąc dalej: unizm a nie konstruktywizm i t.d. Po-wiedzmy wprost: Dorszewska w malarstwie jest Polką, chociaż mieszka w Niemczech i Polką po-zostanie. Ma to swoje konsekwencje, a raczej ta jej polskość ma konsekwencje w malarstwie. Jest to bowiem sprawa smaku i wrażliwości, a ostatecznie takiej postawy wobec życia, którą tak bard-zo starannie tępiono swego czasu w Europie, czyni się to zresztą do dzisiaj.
O "polską anarchię" tutaj idzie, o to wieczne nieprzystosowanie, a nie o anarchistów (for-mację polityczną i ideologiczną). Przypomnijmy, że "anarchizm" był wskazywany, jako wartościo-wa postawa artystyczna, przez Henryka Stażewskiego. Dlatego też włączenie do swojego zesta-wu metod malarstwa typu "informel", podobnie jak zrobił swego czasu Tadeusz Kantor, nie ubliża innym praktykom artystki. Tak się u nas rzeźbi, maluje, pisze wiersze, komponuje symfonie.
Obecność tej malarki wskazuje, że jest nadzieja. Nadzieja kolejnej zmiany i przywróce-nia czegoś, o czym zapomnieliśmy na dobre. Zapomnieliśmy, że mamy cel. Mamy powołanie. Mamy, według proroka naszych czasów "z pasją i poświęceniem tworzyć nowe epifanie piękna, aby podarować je światu". I każdy prostokąt płótna, każda karta papieru, na których przezwyciężo-no chaos i rozpad form jest zwycięstwem ducha – jest osiągnięciem "racjonalnej organizacji materii wizualnej". Jesteśmy w środku, może nawet w cywilizacyjnym "oku cyklonu", ponieważ obecna epoka jest wprawdzie "postartystyczna", ale też jest o wiele jest bardziej "obrazkowa" niż kiedy-kolwiek dotąd.
Niekonsekwencja i nieprzewidywalność może i są przejawem twórczego niepokoju, ale nie są dobrą rekomendacją na rynku, także na t.zw. "Rynku Sztuki". Tu potrzebna jest gwarancja dys-cypliny chociażby i postmnodernistycznej proweniencji. Ale właśnie dlatego malowanie Dors-zewskiej, wynikające z tak bardzo odmiennej postawy, tworzy możliwość ukształtowania się kręgu osób zdolnych do "współodczuwania" z tym malarstwem. Mamy zatem szansę, poprzez to ma-larstwo, odnaleźć się jako osoby, poza systemem nagród i wyróżnień ordynowanych według reguł współczesnego świata i jego "Świata Sztuki". Wraz z autorką "Biologicznych energii" możemy współtworzyć wciąż poszerzający się obszar, na którym dokonuje się "odnowienie formy w mate-rii". A to już nie jest srpawą banalną.

Zbigniew Makarewicz,
Wrocław, marzec 2011.